Kolistym ruchem

Kolistym ruchem zrobiła ósemkę i usiadła na dwa parapety w kuchni. Parapety najwidoczniej jej służyły. Nie wiem w jaki sposób znalazła się w mojej twierdzy, ale jej obecność co najmniej mnie irytowała. Patrzyłem jak bezczelnie okupuje moje parapety wewnętrzne i niewinnie trzepocze skrzydłami. Miałem wrażenie, że patrzyła się mi prosto w oczy, by zaraz zaśmiać się mi głośno w twarz. Igrała z ogniem, ale najwidoczniej robiła sobie po prostu jaja. Te dwa parapety kuchennie to było jej pole do popisu. Odstawiała przede mną taniec wojownika a na scenę upatrzyła sobie właśnie parapety mdf. Założyłem jej w mojej jaskini niedawno i nie na rękę było mi goszczenie takich współlokatorów. Miałem ochotę ją po prostu zniszczyć. Trzepnąć, rzucić, zdusić, zabić. To czemu siedziałem przy porannej kawie bez ruchu? Papieros już dopalał się do samego filtra. To nieładne z jej strony. Codzienna komplementacja nad kawą i papierosem to był rytuał, który wolałem odprawiać w samotności. A ta burzyła cały schemat! Czułem się obserwowany. Nie wiem czy parapety wewnętrzne odczuły jej ciężar, ale ja powoli doprowadzałem się do stanu wyczerpania psychicznego. No idź już sobie! Leć jak najdalej i daj mi święty spokój! Udawała, że nie rozumie moich wypowiedzi. To bzyknęła i wykonała kilka kółek pod sufitem, po czym znowu wygodnie rozsiadła się na parapety i subtelnie milczała. To był pojedynek jak wody z ogniem. Jak lew i tygrys. Nerwowo śledziłem każdy jej ruch. Na początek parapety mdf, potem lampka, po czym niespodziewanie dotarła do mojej popielniczki. Pali? Uzależniona od tytoniu? Miałem ochotę utopić ją w tym popiele. Niech sobie już pójdzie. Wystarczy, że dotrze na parapety wewnętrzne i skieruje się w stronę otwartego okna. W głowie kotłowały mi się koncepcje morderstwa i zabójstwa w afekcie. Nic sobie z tego nie robiła! Trzepot skrzydełek powodował u mnie reakcje złości. Raptem brzdęk, bzyk, fru, nie ma jej. Poleciała. I dobrze.